Tędy czy owędy, czyli Samanaramie jedzie do Stambułu. Odcinek 1.

Tędy czy owędy, czyli Samanaramie jedzie do Stambułu. Odcinek 1.

361
0
PODZIEL SIĘ

Historia zaczyna się od przygody. Nie mojej. Przygody polskiego podróżnika, kajakarza, Wacława Korabiewicza. Opisał ją w książce „Kajakiem do Minaretów”. Znalazło się tam, między innymi, to zdanie: „Rzućcie precz tę książkę, bo z Wami będzie tak jak ze mną. Oto któregoś dnia zrodził się w mej głowie fantastyczny projekt wędrówki kajakowej z Polski do Stambułu, a był to…mój Boże!…rok 1929”.

Książki nie rzuciłam, a w głowie natychmiast zrodził mi się projekt. Zamarzyłam o powtórzeniu trasy Jabłonka-Stambuł. Przy organizacji wyprawy okazało się, że wersja kajakowa przerosła mnie zarówno finansowo, jak i organizacyjnie. Zdecydowałam się na sprawdzony przeze mnie sposób – SAMANARAMIE trasą Korabiewicza, w wolnym tłumaczeniu: postanowiłam przejechać tę drogę na rowerze.

Pomysłem Korabiewicza, zwanego również, dzięki swojemu niebanalnemu wzrostowi – Kilometrem, na trasę było spłynięcie rzeką Orawą, dotarcie do Wagu. Rzeką Wag wprost do Dunaju i tymże do Morza Czarnego, by płynąc, oczywiście wzdłuż brzegu, dotrzeć do Stambułu. Trasa, jak wiadomo, zaczyna się w Polsce i wiedzie przez Słowację, Węgry, Chorwację, Serbię, Bułgarię, Rumunię i oczywiście Turcję. Kawał drogi i kawał przygody, rowerowej w moim przypadku.

Z przyczyn organizacyjnych wsiadłam na rower w Żernicy – pięknej i zamieszkałej przez wesołych ludków miejscowości w okolicach Gliwic – i przez Pszczynę, Żywiec i Zawoję dojechałam do Jabłonki. Piękna to jest trasa, lecz tak piękna, jak trudna. Piałam z zachwytu i wyłam ze zmęczenia. A to dopiero początek.

Od jakiegoś czasu zdarza mi się podróżować w pojedynkę. Zaobserwowałam, że zaczynam mówić do siebie trzeciego dnia podróży. Wypowiedzi bywają rozbudowane. „No dobrze Ela, to teraz jeszcze przejedziemy (SIC!) 10 kilometrów, a potem się zatrzymamy i w nagrodę zjemy batonika. A co jeżeli zmęczymy się wcześniej??? Wtedy zatrzymamy się wcześniej…”.

Całe szczęście, po powrocie do cywilizacji sytuacja wraca do normy. Wiele takich monologów przeprowadziłam już na początkowym odcinku.

Kiedy wreszcie dotarłam do Jabłonki okazało się, że sytuacja, jeżeli chodzi o rzekę, nie uległa zasadniczym zmianom w stosunku do roku 1929. Nadal jest kamienista i niespławna.

Sama Jabłonka okazała się być bardzo ruchliwą miejscowością przygraniczną. Dokładnie taką, za jakimi nie przepadam, więc minęłam ją szybko, nucąc „Bo jo Cię kochom”, w Jabłonce bowiem urodził się Andrzej Dziubek, pomysłodawca i założyciel Depress.

Słowacja, a na Słowacji Mała Fatra. Fatra może i mała, ale za to Karpaty całkiem konkretne. Dzięki Bogu, równie piękne, i moim zdaniem naprawdę warto je przejechać na rowerze.

Podobno ten rezerwat jest zamieszkały przez niedźwiedzie i wilki, z moich obserwacji wynika, że jednak głównie przez przemiłych górali i owce. Przy czym owcze sery można kupić wszędzie.

Na jednym ze szczytów stał automat z serem, taki jak u nas z batonikami, a to ci!

Racząc się po drodze obficie i często bryndzowymi haluszkami (małe ziemniaczane kluseczki w sosie z owczego sera, wywołujące ekstazę smakową), dojechałam do Wagu, zwanego na Słowacji Wahem.

Wag okazał się zdecydowanie bardziej malowniczy od Orawy, a dodatkową atrakcję stanowią zamki, usiane gęsto na skałach nad brzegami rzeki.

Dunaj zobaczyłam po raz pierwszy w miejscowości Komarno (po stronie słowackiej) i Komarom (po węgierskiej). Robi wrażenie zarówno swoim rozmiarem – przy nim nasza Wisła to źródełko – jak i malowniczością.

Olbrzymia rzeka, która przepływa przez 10 krajów i jest drugą co do wielkości, po Wołdze, rzeką Europy… Jest faktycznie i piękny i modry.

Węgry zapamiętam przez rzekę i dwa morza: niekończące się morze słoneczników i drugie – kukurydzy. Pola z buziami słoneczników ciągnące się po horyzont robią wrażenie, ale niestety, drugiego dnia i po piędziesięciu pstrykniętych zdjęciach – wieje nudą. Całe szczęście, że po drodze zdarzają się takie miejsca jak Esztergom (po polsku Ostrzygom), zwany węgierskim Watykanem, ponieważ jest stolicą arcybiskupią prymasów Węgier. Bazylika ostrzygomska jest widoczna z trasy na wiele kilometrów przed miejscowością. Jej malownicze położenie nad samą rzeką sprawia, że wydaje się jeszcze piękniejsza i ogromna. To piąta co do wielkości bazylika na Węgrzech.

Na granicy węgiersko-chorwackiej strażniczka najpierw nakrzyczała na mnie za to, że podjechałam pod niewłaściwe wejście. A następnie za to, że jadę sama na rowerze i chyba zwariowałam, bo to naprawdę niebezpieczny kraj. Po takim wstępie faktycznie zaczęłam się bać. Krajobraz tylko pogłębił ten stan. Byłam w Chorwacji nie raz, ale dotąd wyłącznie w rejonach nadmorskich.

Zgoła inaczej wygląda to w części północno-wschodniej. Jest to fragment tak zwanej

Krajiny, przed wojną zamieszkałej głównie przez Serbów. Dzisiaj ich domy niszczeją i przerażają czarnymi otworami w miejscu okien. Smutny to obraz. Całe szczęście, stoi w kontraście do mieszkańców tej okolicy, którzy są otwarci i radośni. Na trasie do miejscowości Osijek wpadłam na samotną rowerzystkę – poznajcie Julie Marie.

Przejechała na rowerze trasę z Francji do Rumunii, a konkretnie Constancy. Poznałyśmy się dwunastego dnia mojej podróży, dla niej to był dzień czterdziesty szósty.

Nić przyjaźni została zadzierzgnięta po drugim zdaniu: „Jedziesz sama? Gadasz do siebie? Ja bez przerwy!”. Po piętnastu minutach znajomości postanowiłyśmy zmienić plany na wieczór i zamiast jechać na kemping, o którym czytałyśmy w przewodniku, skręciłyśmy w kierunku napotkanej wsi, bo… ładnie wyglądała. Może jakimś cudem będzie tam jakieś miejsce do spania. I cud się zdarzył. Kemping, zupełnie pusty. Może nieczynny. Chwilę później witał nas rubaszny właściciel, wiecie – niski, okrągły człowieczek, z wiecznym uśmiechem na gębie.

Witał nas serdecznie i od progu częstował szprycerkiem (woda gazowana z winem) – „Welcome drink Ladies!”. Rozstawiłyśmy namioty i natychmiast zostałyśmy zaciągnięte do kuchni, gdzie gospodyni smażyła dla nas naleśniki, a gospodarz rozlewał palinkę domowej roboty. I tak biesiadowaliśmy do późnej nocy. Okazało się, że nasz Bala (gospodarz) jest Węgrem posiadającym kemping w Chorwacji i jednocześnie pracującym w Splicie jako instruktor żeglarstwa.

A jak tylko dowiedział się, że jestem z Polski, postawił na stół Żubrówkę i Krupnik… Dwa dni wcześniej gościł motocyklistów…

Następnego dnia postanowiłyśmy z Marie jechać przez chwilę razem. Okazało się bowiem, że jesteśmy dla siebie doskonałym rowerowym towarzystwem.

Po drodze zrobiłyśmy przerwę na obiad. Objadałyśmy się pysznymi burkami – jest to ciasto nadziewane mięsem, serem, albo czymkolwiek innym; tłuste, kaloryczne i wspaniałe! – kiedy z piskiem opon zahamowała przy nas przedziwna postać. Wielki rower, obładowany tak, że wydawał się dwa razy większy, a na nim Frank (jak się okazało), który też do skarlałych nie należy. Ucieszył się na nasz widok niemalże do łez.

Frank jeździ na rowerze, odkąd, jak twierdzi, dostał nowe życie, gdy pokonał raka. Nie ma zbyt dużo pieniędzy, ale za to ogromną pomysłowość. W podróż na rowerze zabiera ze sobą wszystko – nawet lodówkę… taką prawie lodówkę. Ma patent na wszystko i pomysłami dzieli się z każdym rowerzystą, którego spotka na swojej drodze.

Na przykład: jak nie masz gdzie nocować, idziesz najlepiej do klubu sportowego i mówisz, że chcesz się zatrudnić jako stróż nocny i pierwszą noc oferujesz za darmo. Podobno działa, a w dodatku jeszcze karmią. Sposób numer dwa: pukasz do kogoś i mówisz: „czy mógłbym prosić o szklankę wody” oraz „jestem głodny i nie mam gdzie spać”…

Zanim dostał od znajomych kask rowerowy, jeździł w hełmie z czasów drugiej wojny światowej… i ten hełm uratował mu życie, kiedy spadł z roweru, pędząc w dół 65 km/h.

Frank pierwszego dnia emerytury wyrusza w podróż dookoła świata. Na rowerze, ma się rozumieć. Poczęstował nas batonami energetycznymi przygotowanymi domowym sposobem, popędziliśmy w przeciwne strony, ale miałyśmy z Marie uśmiechy na buziach jeszcze przez kilka godzin po tym spotkaniu. Koleś w hełmie!

Spotkania z ludźmi to sedno podróżowania. I przygody, które zdarzają się każdego dnia, można się od tego uzależnić. W tej podróży zdarzyło mi się jeszcze wiele spotkań i przygód, opiszę je w kolejnym odcinku. Zapraszam na kolejne spotkanie.

podróże (2)_IMGpodróże_IMG

PODZIEL SIĘ
Następny artykułPiękno z Natury

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ