Tędy czy owędy – czyli jak nie dojechałam do Stambułu. Odcinek 2.

Tędy czy owędy – czyli jak nie dojechałam do Stambułu. Odcinek 2.

288
0
PODZIEL SIĘ

Lekarz podszedł do mnie jeszcze raz i zapytał: A z kim Ty w ogóle tutaj jesteś? – to był moment, kiedy nie dałam rady z emocjami i ryknęłam: SAMAAAAA!!!.

Bycie w podróży jawi się często, nawet praktykującym podróżnikom, idyllicznie. Prawda jest taka, że wtedy również zdarzają się gorsze momenty i trudne dni.

Podczas tej wyprawy Bułgaria dała mi solidnie w kość. Zimny prysznic nastąpił tuż po przekroczeniu granicy. Bułgarzy bowiem okazali się znacznie mniej otwarci niż  Serbowie. Znacznie mniej, a z mojej perspektywy ZUPEŁNIE NIE. Na początku myślałam, że po prostu nie mam szczęścia, ale z każdym kolejnym dniem utwierdzałam się w przekonaniu, że taki mają temperament i nastawienie. I w porządku, rozumiem różnice kulturowe. I rozumiem też, że nie trzeba kochać „obcych”. Sęk w tym, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim zjawiskiem, a samotne podróżowanie przez kraj, który nie wita Cię z otwartymi ramionami, jest trudne. Bardzo. Na domiar złego, okazało się, że trasa wzdłuż Dunaju nie jest szczególnie turystyczna, a co za tym idzie – zero bazy noclegowej, kempingu nie uświadczysz, a ewentualne guesthouse’y drogie, że aż budżetowa kieszeń piszczy.  Nie czułam się szczególnie bezpiecznie, więc nie uśmiechały mi się noclegi „na dziko”. Decydowałam się na najtańsze z dostępnych opcji i tak wylądowałam w „malowniczej” miejscowości Kozłoduj. Miejsce urocze dokładnie tak, jak nazwa wskazuje, a głównymi atrakcjami są supermarket i elektrownia jądrowa. Elektrownia jest pod stałym nadzorem, uważana przez UE za niebezpieczną. Miałam dreszcze na samą myśl. Bynajmniej nie dreszcze ekscytacji.

Dzień, w którym opuszczałam Kozłoduj zapamiętam na długo. Zdarzyło się wtedy wszystko (!). Wstałam o piątej rano, żeby wykorzystać czas przed upałem (nieznośnie robiło się około dziewiątej). Niestety, jak tylko otworzyłam oczy, pojawiła się migrena. Taka najgorsza, kiedy nawet światło przeszkadza i jedyne, o czym marzysz, to sen sto stóp pod ziemią. Postanowiłam się jednak nie poddawać (pierwszy błąd) i wbrew samopoczuciu spakowałam się i wyruszyłam.

Najpierw w drogę po tabletki. Niestety, w okolicznych sklepach spożywczych nie mieli żadnych tabletek. Żadnych. Później dopiero okazało się, że leki sprzedają tylko w aptekach, nawet przeciwbólowe. Niby logiczne, ale jako przedstawicielka narodu, który nadużywa medykamentów dostępnych bez recepty, byłam niemile zaskoczona. Zatrzymałam się na stacji benzynowej i próbuję, po angielsku, wytłumaczyć, że potrzebuję leku na migrenę. Na twarzach ekspedientek malowało się jednak niezrozumienie…w końcu w desperacji i bez specjalnej nadziei powiedziałam w swoim ojczystym języku: K…wa! Boli mnie głowa. I zdarzył się cud. Boli głowa? – kobieta wyciągnęła dwie ostatnie tabletki z osobistej torebki. Ulga. Jadę dalej. Po pięciu kilometrach okazuje się, że droga jest zamknięta, przez wzgląd na elektrownię! Jedyna możliwość to wrócić do stacji benzynowej i wybrać inną drogę. Mam łzy w oczach. Jest już ósma. Zaraz będzie upał nie do zniesienia.

Jadę. Pod górę. Po drodze mijam miejscowość, z której nie mogę przez godzinę wyjechać. Kiedy trzeci raz wyjechałam na centralne rondo, poczułam się jak w horrorze. Jadę dalej. Kolejna miejscowość Oryachowo. Zza horyzontu wyłania się dziwny pojazd. Zbliża się. Wiejski wóz w wersji mini. Na środku obfita cyganka obsadzona liczną dziatwą, a to wszystko ciągnie mały osiołek. Jak tylko znalazłam się w zasięgu słuchu, cyganka zaczęła krzyczeć: Money! Money! Takie rzeczy, tylko w drodze. Jadę dalej. Pod górę. Pod wielką, wielką górę. Jest już po dziesiątej, więc temperatura zbliża się do 40 stopni. Jak tylko chcę odpocząć w cieniu, obsiadają mnie muchy. Jadę dalej, zadając sobie pytanie, czemu ja to sobie robię! Jako że jest trudno, obiecuję sobie nagrodę. Ela – nie wiem, czy wspomniałam, że gadam do siebie od trzeciego dnia podróży – Ela, jak tylko się tam wdrapiesz, dostaniesz pyszną kawę. Taka prawdziwą latte. W eleganckiej kawiarni. Będzie klima i luksus. Cudownie będzie!

Dojechałam. Wybrałam najbardziej cywilizowaną kawiarnię i zamówiłam wymarzone latte. Kelnerka (niemiła, ale to okoliczny standard) przyniosła mi w plastikowy kubek wypełniony do połowy lurą z zimnym mlekiem. I to była moja granica cierpliwości. Dosyć! Podjadę pociągiem, autobusem, czym się da. Kawałek dalej. 100 km dalej. Może dalej jest lepiej…Okazało się to równie trudne jak wszystko tego dnia. Ze środków komunikacji w Oyrachowie dostępny był tylko prom. Jadę. Prom okazał się jednocześnie przejściem granicznym. Docieram tam. Rzucam na ladę celnikowi paszport i mapę i błagam o pomoc.

Jak mam się stąd wydostać?! Gdzie mogę dopłynąć promem?! Celnik łapie się za głowę. Sama na rowerze! Taki kawał! Zwariowałaś! Po czym raczy mnie tragiczną informacją, że ten prom płynie wyłącznie na drugą stronę Dunaju. Za granicę z Rumunią. Mam łzy w oczach. Z opresji ratuje mnie kierowca TIR-a, który przysłuchuje się od jakiegoś czasu rozmowie. Ja jadę tu – pokazuje miejscowość na mapie – i stąd można złapać pociąg dalej. Nie zastanawiam się długo. Pakujemy rower, ja pakuję się do TIR-a. Jedziemy. A raczej kontynuujemy procedurę przekraczania granicy. Płyniemy promem. Ponownie procedura w części rumuńskiej. Strażnik nie chce uwierzyć, że ta z paszportu to ja (nie wiem czy to przez ten straszny kapelusz z Decathlonu, czy może się zestarzałam!). Jedziemy dalej. Całość operacji trwała trzy godziny. Kierowca TIR-a wydał mi się sympatyczny, a nade wszystko grzeczny. Uspokoiłam się. Zupełnie niepotrzebnie. Po przekroczeniu granicy zapytał mnie jak mam na imię. Kiedy się przedstawiłam, chyba uznał, że jesteśmy już na tym etapie znajomości, że należy zaproponować współżycie, co natychmiast uczynił: Ela, ja się tu zatrzymam i będziemy robić sex. Niedługo. Pół godziny.

NIE! – krzyknęłam. Ale czemu nie? Jaki masz problem? – był autentycznie zdziwiony. Bardzo. Do celu mieliśmy niecałe 60 km, najdłuższe w moim życiu. Propozycję składał jeszcze kilkadziesiąt razy. On udawał, że nie wie co znaczy „nie chcę”, a ja udawałam, że nie rozumiem słowa „sex”. I tak w napiętej atmosferze dojechaliśmy do miejscowości Craiowa. Wysiadłam z ulgą, uniknąwszy konsumpcji tego związku. Radośnie objuczyłam rower i ruszyłam w miasto. Dwie przecznice dalej spadłam z roweru. Niby ok, ale z nogą stało się „coś”. Wtedy jeszcze „NIEWIADOMOCO”. Zrobiłam sobie przerwę, a po dwóch godzinach kostka zmieniła rozmiar i zaczęła pulsować.

Oho, myślę, nie jest dobrze. Będę musiała chyba chwilę odpocząć. Postanowiłam skrócić trasę o jakieś 400 km i podjechać pociągiem do Constancy. Rumuńskiej miejscowości nad Morzem Czarnym, o której marzyłam przez ostatnie 2000 km. Wsiadłam na rower i z nogą jak balon pojechałam na dworzec. Bilety kupiłam na pierwszą w nocy, więc czekało mnie 10 godzin na dworcu w Craiowej. Usiadłam zmęczona i czekam, czas mija bardzo powoli – jak to zwykle w takich okolicznościach. Na dworcu pełno bezdomnych. Ale ta rumuńska wersja bezdomnego jest zdecydowanie bardziej luksusowa niż nasza rodzima. Może to kwestia klimatu. Ale mieszkańcy dworca są w miarę zadbani, czyści i nie czuć ich ze znacznej odległości. Jeden z nich podszedł do mnie i przemówił po rumuńsku, więc odpowiedziałam po polsku: Słuchaj, stary, jestem strasznie zmęczona, boli mnie noga i aktualnie mam dosyć życia, więc jeżeli mógłbyś dać mi święty spokój i sobie iść, byłabym stokrotnie wdzięczna. Uśmiechnął się i poklepał mnie po głowie. A potem zaczął coś opowiadać… cały czas klepiąc.

Cóż miałam zrobić – wstałam, poinformowałam pana, że muszę zaczerpnąć świeżego powietrza, i ciągnąc rower oraz nogę wyszłam na zewnątrz. Usiadłam na ławce, zdjęłam z pulsującej słoniowej nogi but i siedzę tępo patrząc w przestrzeń. Zmęczenie sięga zenitu. A wytrzymać muszę jeszcze kilka godzin. Za chwilę podchodzi do mnie PAN. Pan około pięćdziesiątki, zadbany, w koszuli. I uderza w te słowa: Dzień dobry, jeżeli nie masz dzisiaj z kim spać, proponuję, żebyś spała ze mną. Myślę sobie, że dawno nie zdarzyło mi się otrzymać tylu propozycji seksualnych jednego dnia. Zakładam but, ciągnę rower i nogę do środka. Siedzę…

Wybija północ i na stację wpada kompletnie zalany gość ze śpiewem na ustach oraz z jedną drewnianą nogą! Kurtyna.

Rano przedostaję się do hostelu – biorę prysznic i idę na piechotę do szpitala. Rumuński SOR właściwie nie różni się szczególnie od polskiego, więc czekam pięć godzin. W kolejce do prześwietlenia czekam ja i tabor cyganów. Ortopeda obejrzał moją nogę i wydał straszną diagnozę – zerwane więzadło. Polecił, żebym sobie poleżała w łóżku trzy tygodnie i pojawiła się na wizycie. Opadła mi szczęka, ręce i wszystko inne… Co ja teraz zrobię???… Lekarz podszedł do mnie jeszcze raz i zapytał: A z kim ty w ogóle tutaj jesteś? – to był moment, kiedy nie dałam rady z emocjami i ryknęłam: SAMAAAAA!!! Popatrzył na mnie i powiedział: Jesteś nienormalna. I pamiętaj, nie możesz chodzić! Więc wstałam i poszłam do hostelu. Leżałam w łóżku trzy dni – dopóki ubezpieczyciel nie przetransportował mnie do domu (od tej pory kocham ubezpieczenia!!!).

Moja przygoda tym razem skończyła się wcześniej i pozostawiła niedosyt, więc już kombinuję, co dalej… Zatem stay tuned…

Elżbieta Grądziel

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMarzycielka
Następny artykuł"Mam na imię Freedom"

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ