Morderca z dżungli, Szaman z Colca i świnki morskie

Morderca z dżungli, Szaman z Colca i świnki morskie

316
0
PODZIEL SIĘ

Daleko, niebezpiecznie, a może zbyt „obco” – o Peru słyszy się różne opinie. Ale jak jest naprawdę?

Od lat na wybór miejsca na kuli ziemskiej, do którego się wybiorę z plecakiem, wpływa pojawiająca się promocja linii lotniczych. Dzięki temu udaje mi się za nieduże pieniądze wyjechać przynajmniej raz w roku na inny kontynent i kilka razy na krótkie wypady po Europie. Dla studenta to fenomenalny sposób na zobaczenie kawałka świata, mimo że kieszeni nie wypełniają zwitki pieniędzy. Jak to robię? To proste – na FB obserwuję kilka portali, które znajdują połączenia lotnicze i prezentują promocje. Jeśli ktoś nie potrzebuje długo się namyślać nad terminem i miejscem – to pierwszy krok – szybka decyzja „jedziemy”, no i rezerwacja biletów… Czasem trzeba się kilka razy przesiadać, a podróż potrafi trwać dwie doby, ale czego się nie robi, żeby dotrzeć do kolejnego niezwykłego miejsca, poznać inną kulturę, spotkać takich podróżników jak ja.
Tym razem promocja była do Peru. Świetnie się złożyło, bo Ameryka Południowa to mój ulubiony rejon świata, a Peru było na wysokiej pozycji na mojej liście „Must see”.

Komu w drogę…
Trzeba było wstać o piątej nad ranem, żeby dostać się do Kanionu Colca. Ciemno i chłodno. Jakieś dwie godziny później docieram do miasteczka, w którym mam się spotkać z przewodnikiem i pozostałymi uczestnikami trekkingu. Zanim ruszymy dalej – wszyscy jemy skąpe śniadanie. Przed nami długa droga w dół. Siedziałam przy wspólnym stole ze Szwedką i chłopakiem, którego uroda skojarzyła mi się z głównym bohaterem filmu Machete. Nooo, nie był tak przerażający, stary, nie miał bruzd na twarzy, ale jednak coś mieli ze sobą wspólnego w wyglądzie. Opowiadał właśnie Szwedce, że spędził dziewięć miesięcy w dżungli, a teraz zwiedza resztę Peru. Jego interlokutorka słuchała uprzejmie, ale nie zapytała, co robił tam przez tyle czasu. Tym samym i ja się nie dowiedziałam, i może z tego powodu, oraz mojego filmowego skojarzenia, dostał ode mnie przezwisko „Morderca z dżungli”.
Plecaki na plecy i w drogę. Najpierw punkt widokowy, wokół którego krążą kondory – ptaki, które są jednym z symboli Peru. Świetne miejsce, żeby zrobić im zdjęcie z bliska – niestety, licznie odwiedzane przez turystów. Trudno tam znaleźć spokojne miejsce, żeby usiąść i podziwiać lekki lot tych ogromnych ptaków. Dalej coraz mniej turystów. Gdy zapuściliśmy się do kanionu, było ich już niewielu. W planach mieliśmy dwa dni wędrówki z noclegiem na dnie wąwozu, nad rzeką, w miejscu zwanym Oasis ze względu na bujną zieleń, której próżno wypatrywać w trakcie trekkingu. Wędrówka w dół przez osiem godzin. Ciągle w dół i dół, bez końca. Za to z przepięknymi widokami na monumentalne góry i wijącą się w dole rzekę. Pod koniec dnia dotarliśmy do wioski, w której stały chatki sklecone z cienkich żerdek. Obok chatek znajdowały się ciepłe źródła, w których kąpiel po całym dniu wędrówki jest przyjemnym wytchnieniem.
Gdy dotarłam na miejsce, okazało się, że od ciągłego schodzenia w dół uszkodziłam sobie paznokieć dużego palca u stopy. Nasz przewodnik obiecał mi, że po kolacji przyniesie mi kilka peruwiańskich ziół, którymi uśmierzy mój ból. Okazało się bowiem, że jego dziadek jest indiańskim szamanem, a on sam pobierał nauki u dziadka i zna wiele roślin, które można wykorzystywać w celach leczniczych. Pomyślałam, że chętnie wypróbuję działanie peruwiańskiej medycyny naturalnej i umówiłam się z wnukiem szamana na wieczór. Jak obiecał, tak przyszedł, niosąc w rękach łodygi… aloesu. Pozwoliłam mu wsmarować go w obolałą stopę, a przy okazji żartowałam, że wynika z tego, że ja również jestem wnuczką szamanki, bo od dziecka pamiętam, jak moja babcia chodziła za mną z aloesem, traktując go jako antidotum na wiele przypadłości. Pryszcz na twarzy? Posmaruj aloesem! Zadrapanie? Posmaruj aloesem. Katar? Napchaj aloesu do nosa. Aloes dobry na wszystko. W Peru – jak widać – również.

Eskapada pełna wyzwań
Niestety, na zgnieciony paznokieć u stopy nie pomógł wystarczająco, bym zdecydowała się na wspinaczkę pod górę następnego dnia. Wynajęłam zatem muła i wjechałam na jego grzbiecie na szczyt. To także było niezwykłe doświadczenie. Muł wspina się po wąskich, wydeptanych dróżkach tuż nad przepaścią. Droga wije się to w prawo, to w lewo, a muł na zakrętach zatrzymywał się na skraju, by chwilę odpocząć. W tych momentach mogłam swobodnie rozglądać się dookoła… I jedną nogą wisiałam nad urwiskiem, drugą mając nad względnie bezpieczną ścieżką.
Mordercę z dżungli spotkałam kilka dni później, gdy zwiedzałam kolorowe pływające wyspy na jeziorze Titicaca. Wygrzewaliśmy się na pokładzie łódki. Ponieważ rozpoznaliśmy się, zagaiłam o to, co u diabła robił przez dziewięć miesięcy w Amazonii. Opowiedział mi historię swojego życia. Morderca ma na imię Fernando, a zawodowo nie zajmuje się uśmiercaniem, lecz produkcją telewizyjną. Pochodzi z Meksyku. Prowadził bardzo towarzyskie życie, imprezy, dziewczyny, alkohol, narkotyki. Któregoś dnia obudził się i stwierdził, że coś mu się nie podoba w tym, tylko nie bardzo wie co. Postanowił, że wyjedzie do Peru, by chwilę odetchnąć. Na ulicach Iquitos spotkał człowieka, którego nazywał Nauczycielem. Krótka rozmowa i Fernando już wiedział, że spotkał na swojej drodze kogoś wyjątkowego. Wspólnie pojechali do dżungli, by tam utworzyć szkołę odnowy duchowej dla takich zbłąkanych dusz, jak jego.
– Tak? I co się tam wydarzyło?
– Spotkałem się ze swoimi strachami, dowiedziałem się o sobie wielu rzeczy.
– Ale w jaki sposób? Medytacja? Joga?
– Tak. Ale nie tylko.
– Co jeszcze?
– Na przykład pejotl.
– Serio mówisz? Próbowałeś? I jak było?
– Wiesz, to bardzo intymna sprawa. Przede wszystkim można go przyjąć tylko podczas obrzędu. Wtedy działa właściwie. Oczyszcza ciało ze złych toksyn, które się w nim zbierają, gdy mózg zatruwają nasze wewnętrzne strachy. Ja się spotkałem z moimi strachami, zmaterializowały się przede mną i musiałem im spojrzeć prosto w oczy.
– Możesz mi opowiedzieć o tych strachach? Co to było? Czego się bałeś w życiu?
– Odkryłem, że prowadziłem takie rozrywkowe życie, bo się bałem bycia niewidocznym i samotności. Całe swoje wysiłki kierowałem na to, by być zauważonym, być duszą towarzystwa, być lubianym. Przez to robiłem wiele głupich rzeczy, wielu ludzi skrzywdziłem. Teraz wreszcie czuję się spokojnie. Już wiem, że nie muszę tego robić, że nie potrzebuję tylu ludzi wokół siebie, że w życiu jest coś ważniejszego, jak na przykład rozwijanie swojego życia duchowego.
Rozmowa trwała jeszcze długo i zbaczała w kierunku absolutu i przeznaczenia. Fernando przekonywał, że każde spotkanie jest po coś, każde jakoś wpływa na nasz los. Co wyniknie z naszego spotkania – dowiemy się za jakiś czas… Hmm, wątpię, bym spotkała go kiedykolwiek, ale na pewno zapamiętam Mordercę z dżungli, który okazał się zupełnie niegroźnym i bardzo ciekawym człowiekiem.

Wyprawa życia
Z Titicaca pojechałam do Cuzco położonego na wysokości 3326 m n.p.m. Przepiękna kolonialna zabudowa. Zdobne kamienice z przestronnymi patiami. Mało kto wie, że miasto zbudowano na fundamentach stolicy Inków. Do tej pory wiele budynków stoi na ogromnych głazach, równiutko przyciętych i pasujących do siebie tak, że nie da się między nie wcisnąć cienkiego ostrza noża. To fragmenty zabudowań państwa inkaskiego, ustawione tam jeszcze w XII w. Cudownie się przechadzać uliczkami tego miasta, siadać na placach, wspinać się po schodach (miasto zbudowane jest na wzgórzach), by patrzeć na dachy zabudowań. Kto lubi romantyczne miejsca – z pewnością powinien odwiedzić i to. Podobny klimat ma Arequipa: równie piękne zabudowania kolonialne. Arequipa jest jednak cała zbudowana z białego kamienia, stąd w słoneczny dzień aż trzeba mrużyć oczy. Trafiłam tam do restauracji, którą prowadził gadatliwy kucharz. Jego kuchnia była zbudowana w tradycyjny peruwiański sposób. Żadnych kuchni gazowych,tylko piece opalane drewnem. Zaprosił mnie na zaplecze i pokazywał gliniane naczynia, takie same, w jakich Indianie przygotowywali swoje potrawy. Na półkach poustawiane gliniane misy, w których znajdowały się różne przyprawy. Kucharz dał mi każdą powąchać, a następnie zabrał się do przygotowania ceviche – potrawy z surowej ryby, której białko ścina się pod wpływem działania kwasów i przypraw. Wszędzie, gdzie ceviche można spróbować (m.in. w USA), ryba polewana jest sokiem z cytryny. Tutaj jednak wykorzystany jest sok z marakui. Smak tej potrawy – a trzeba Wam wiedzieć, że nie przepadam za rybami… zawsze mówię, że z wody to ja najbardziej lubię ziemniaki – smak był wyborny. Zajadałam się tym ceviche, jakbym nic nie miała w ustach od tygodnia. Po tej potrawie kucharz poprowadził mnie do ogromnego pieca, gdzie już piekł się kolejny lokalny smakołyk… Myślę, że o walorach tej potrawy dobrze opowiada Beata Pawlikowska:
„- Och! – westchnęłam, bo w powietrzu zapachniało czymś pysznym.
Syn kucharki postawił przede mną talerz. Podziękowałam mu z uśmiechem, chwyciłam za widelec i…
– Oooooch!! – wrzasnęłam, a echo mojego głosu zadudniło między ścianami.
Z szeroko otwartymi oczami patrzyłam na półmisek, z którego równie zaskoczonym spojrzeniem gapiła się na mnie…
– Ś-ś-ś-świnka?…- wyjąkałam – Świnka morska?…
– Cuy – potwierdził wesołym głosem chłopak.
– Cuy – powtórzyłam z niewiarą w głosie.
Cuy… No właśnie, już wcześniej mi się wydawało, że skądś znam to słowo, ale skąd? No tak, oczywiście, przecież kilka miesięcy wcześniej widziałam świnki w Ekwadorze. Pieczone. Leżały na ruszcie. Obdarte ze skóry, brązowe, gotowe do zjedzenia, a jednocześnie wyglądające tak, jakby próbowały z tego rusztu uciec i popędzić z powrotem do domu.
Bo świnkę morską piecze się w całości. Ma łepek, oczka, uszy i łapki wyciągnięte jak do biegu. Otwarty pyszczek, pazurki, łapki rozstawione jak w tańcu. Widok jest piorunujący i większość nieprzygotowanych turystów albo blednie i mdleje, albo zaczyna krzyczeć”.
Ja byłam przygotowana, wiedziałam, co zamawiam, a mimo to widok rzeczywiście jest piorunujący. Świnka morska, taka sama, jaką w dzieciństwie trzymałam w akwarium w domu, głaskałam, bawiłam się z nią, karmiłam liśćmi cykorii, taka sama, leżała przede mną rozpłaszczona, a z otwartego pyszczka wystawały jej ząbki. Zjadłam z ciekawości. Smakiem się nie zachwyciłam.

Monika Smorczewska

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUwolnić endorfiny
Następny artykułNiewidzialne dziewczęta

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ